Czy wiesz ile pasjansów dziennie układa Pani Bożena z Urzędu Skarbowego?

W przedstawianych co jakiś czas raportach na temat średnich płac przytacza się wnioski, że w porównaniu do zachodnich krajów — np. takich jak Niemcy — jesteśmy wyraźnie gorsi w organizowaniu swojej pracy, przez co nasza wydajność jest znacząco mniejsza (a to wpływa bezpośrednio na wynagrodzenie).

Szukając rozwiązań tego problemu, zapytałem właściciela świetnie zapowiadającego się biznesu w jaki sposób mierzy efektywność pracy swojego zespołu. Po skończeniu mojego pytania na jego twarzy pojawiły się strach i zaskoczenie. Usłyszałem — „Jak możesz mierzyć czas pracy Twoich ludzi? Gdybym ja zaczął to robić, od razu zaczęli by ode mnie odchodzić!”.

Znokautowany tą odpowiedzią zacząłem zadawać pytania. Czy to, w jaki sposób spędzamy czas w pracy, jest tematem tabu w naszym kraju? Czy jedyna refleksja, na którą nas stać to komentarze typu — „pracodawcy udają, że płacą dobre pieniądze, a pracownicy udają, że wydajnie pracują”?

Temat związany z optymalizacją czasu pracy wydaje się być trudny. Jedni blokują niebieskie portale społecznościowe w ustawieniach sieci bezprzewodowych, inni uruchamiają “narzędzia szpiegujące”, które zapisują każdy ruch myszki biednego pracownika. Dzięki temu managerzy z satysfakcją przedstawiają raporty o czasie pracy efektywnie spędzonym w Wordzie (na podstawie opuszczonego kursora myszy), a pracownicy chichoczą przeglądając notyfikacje o lajkach na schowanym pod stołem telefonie komórkowym.

Czy to są jedyne rozwiązania? W firmie, którą współtworzę postanowiłem poszukać odpowiedzi na to pytanie.

Zacząłem od przeanalizowania ponad 1600 godzin zgromadzonych informacji na temat moich zachowań w pracy. Ponad 26% mojego czasu to komunikacja z klientami za pośrednictwem maili. Więcej niż 16% to komunikacja synchroniczna z zespołem za pomocą Slacka. Niecałe 10% to bezpośrednie planowanie i komentowanie w systemie zarządzania projektami, a aż 30% to analiza i przygotowanie ofert lub innych dokumentów.

Co najciekawsze — ponad 12% czasu (czyli aż 200 godzin z ostatnich kilkunastu miesięcy) spędziłem m.in. na Facebooku. Myśląc nad tą statystyką, wyobrażałem sobie siedzącego przez ponad miesiąc czasu Piotra, od poniedziałku do piątku, 22 dni w miesiącu, przesuwającego palcem po gładziku niekończącego się Fejsa.

O ile uważam 12% czasu spędzonego na rozrywce za całkiem niezły wynik, to nie sama liczba ponad 200 spędzonych godzin zrobiła na mnie największe wrażenie. W końcu kilkaset godzin rocznie spędzonych na pisaniu maili to nie jest wymarzona droga do osiągnięcia celu, który sobie wyznaczyłem.

Ale do rzeczy — jakie wnioski mogę wyciągnąć z tych informacji?

Zwłaszcza ostatnia część z tych danych pozwala być transparentnym wobec zespołu — przedstawić sprawę jasno mówiąc, że każdy z nas potrzebuje chwili na “wirtualnego papieroska” w celu skonsumowania garści informacji. Szczere przedstawienie nawyków rozpoczęło dyskusję w zespole, której celem było zwiększenie świadomości nt. tego w jaki sposób pracujemy w miejscu, w którym spędzamy prawie 1/3 naszego codziennego życia.

Mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach — kiedy mamy tak łatwy dostęp do wiedzy czy informacji, coraz tańszych technologii ułatwiających wiele codziennych czynności — to ludzie są najsłabszym ogniwem, zalani setką milionów notyfikacji wysyłanych zewsząd każdego dnia. Wiem, że nie można oczekiwać kreatywnych pomysłów będąc wpatrzonym zza pleców (lub zza okna śledzącej aplikacji) na ekran czyjegoś monitora, ale także nie ma co spodziewać się świetnych efektów pracy bez szczerej rozmowy, poprzedzonej samodzielnym i świadomym gromadzeniem informacji na temat własnej pracy i wyciąganiem z tych danych konkretnych wniosków.

Prowadząc firmę chcę wierzyć, że ludzie z którymi pracuję nie przychodzą codziennie do biura po to, żeby odbębnić te siedem godzin z hakiem klikając beznamiętnie po ekranie czy czatując ze znajomymi. Wierzę, że przychodzą rozwijać się, tworzyć i zmieniać dla końcowego klienta jego małą część świata na lepsze. Wierzę i wiem, że takie podejście daje pozytywne efekty uboczne.

Narzucając pewien styl zarządzania, chcę dążyć do lepszych realizacji, potwierdzonych większą ilością wyróżnień zdobytych w ciągu roku. Chcę pokazywać zależności między nami, żebyśmy patrzyli na pracę zespołową jak na funkcjonujący organizm, który nie może wydajnie działać, jeżeli jakaś jego część jest na skraju wyczerpania cukrzycą informacyjną. Chcę systematycznie wymagać po to, aby Ci, którzy podejmując kolejne kroki w swojej karierze, szukając nowego miejsca pracy czuli satysfakcję i z dumą prezentowali w portfolio projekty, które razem wykonaliśmy.

Ten wpis dedykuję mojemu aktualnemu jak i przyszłemu zespołowi. Podejmując te wszystkie decyzje nie myślę o sobie, myślę o nas. Nie chcę wiedzieć, nad czym spędzasz czas. Chcę, żebyś Ty to wiedział i mając tą wiedzę aktywnie z niej korzystał.

W końcu żadne z nas nie chce nienawidzić poniedziałków.

Sześćdziesiąt dziewięć groszy za godzinę.

Tyle jest warty Twój czas, który spędzasz na Facebooku — w przybliżeniu — na podstawie wyników finansowych i statystyk Facebooka z drugiego kwartału 2013 roku.

Niestety trzeba przyznać, że korzystanie z Facebooka jest mimo to… tak przyjemne. Około półtora roku temu rzuciłem palenie, ale Fejsa nie jestem w stanie. Dlaczego?

Fejs zbiera w jednym miejscu ludzi, którzy każdego dnia robią imponujące rzeczy zmieniając ten kraj czy świat na lepsze, którzy przeskakują się w dzieleniu się informacjami, gimnastykując szare komórki. Albo kompletnie odwrotnie — zbiera treści, które są totalną odskocznią, końcem czy śmietniskiem internetu.

Dla każdego coś miłego.

To właśnie z powodu tych świetnych osób i ich pobudzających, opublikowanych myśli wchodzę tam każdego dnia. Niestety, chcąc być sprytniejszym przyswajam w znacznej mierze treści tylko w formie statusów wybranych osób, ponieważ wszelkie linki do zewnętrznych artykułów, aby mnie nie rozpraszać, wysyłam do Pocketa — appki, która pozwala Ci poczuć się spokojnie z faktem, że zapisałeś artykuł, którego najprawdopodobniej nie zdążysz przeczytać, a nawet odnaleźć wśród setek innych treści.

Wracając do niebieskiej kokainy, problem polega na tym, że to uzależnienie jest jednym z głównych celów strategicznych Facebooka — statystycznie im więcej spędzisz na nim czasu, tym lepsze wyniki finansowe Fb będzie mógł zaprezentować w przyszłym kwartale swoim udziałowcom.

Nic nowego! Przecież każdy portal czy serwis chcący zarobić jest ukierunkowany na to, aby w jak największym stopniu zaangażować użytkownika.

Facebook jednak przebija wszystkie pozostałe portale jednym atutem — jego algorytmy dają nam tylko to, co najlepsze, najbardziej klikalne, komentowane, lajkowane i… uzależniające. Zespół dobrze opłacanych psychologów dba o to, żeby było jak najsmaczniej.

Pamiętam czasy, kiedy parę lat temu miałem „Fear of Missing Out” na „gazecie”. Piętnaście – dwadzieścia otwartych zakładek na raz i wczytywanie się w informacyjną papkę.

Jednym z przełomowych kroków było dla mnie wywalenie z przeglądarki paska z zakładkami, który przypominał o tym, aby kliknąć w odpowiednie serwisy. To był pierwszy krok detoksu, obrony przed ogłupieniem się i staniem w miejscu.

W przypadku Facebooka jest ciężej. Łatwo się usprawiedliwia obecność na Facebooku tym, że trzeba porozmawiać z klientem, że czasem przystoi napisać u znajomego coś w komentarzu, czy po prostu samemu chce się podzielić ze światem dobrą nowiną.

Trzymanie dyscypliny w tym temacie to walka każdego dnia z samym sobą, od pierwszych minut po obudzeniu — by nie sięgać w pierwszej kolejności od otwarcia oczu po telefon. To walka w trakcie pracy — świadomie i dobrowolnie blokując sobie dostęp do stron za pomocą aplikacji, którą opłacam sobie i swojemu zespołowi.

Tak, kiedy inni płacą za to, żeby przez Facebooka dotrzeć do mnie z reklamą, ja płacę za to, żeby zabrano mi Facebooka. Siły się równoważą.

Zachęcam i Ciebie do zapłacenia za ten luksus.
I do subskrypcji mojej osoby. I do lajka.

Pamiętasz swój pierwszy raz?

Stało się to pewnego wieczora, około trzynaście lat temu, kiedy wydawało się, że wszyscy już w domu śpią, a ja mam w końcu szansę na zrobienie tego, na co tak długo czekałem.

Upewniłem się, że drzwi do mojego pokoju są zamknięte. Z pościelonego łóżka ściągnąłem na chwilę kołdrę, żeby przykryć szczelnie komputer, z którego za chwile miały dobiegać dźwięki hałasującego modemu łączącego się z numerem, którego wielu z nas nie zapomni do końca życia — 0202122.

Trzydzieści pięć groszy za 6 minut połączenia. (Nie)ograniczony dostęp do świata informacji, którego mało kto potrafi(ł) ogarnąć swoją wyobraźnią.

Po (nie zawsze od kopa) skutecznym połączeniu wyskakujące okno programu „Bankrut”, liczące kolejne mijające sekundy (ściągania skórek do WinAmpa) surfowania po sieci.

Czas — poświęcany na zdobywanie informacji o płytach głównych, procesorach, chłodzeniach, „hackowaniu” (przecież wszyscy bywaliśmy hakerami – Forum phpBB2!) i innych mniej lub bardziej użytecznych rzeczach, która reszta społeczeństwa nie rozumiała — upływał błyskawicznie (i sporo kosztował, może dlatego był tak wyjątkowy?).

Mam sentyment do Internetu. Jest dla mnie jednocześnie powietrzem, bez którego żyć nie mogę, jak i uwierającym w bucie kamykiem, który powoduje, że nie zawsze idę tak szybko w kierunku, w którym chciałbym iść.

Jestem z Internetem związany od kilkunastu lat. To połowa mojego życia, w trakcie którego próbowałem projektów, z których większość z nich dzisiaj nie istnieje. Zostały zakopane w czeluściach zepsutych dysków twardych, usuniętych partycji, wirtualnych serwerów lub zapomnianych backupów u kumpli.

Tym wpisem wracam do jednego z najciekawszych dla mnie projektów, jakim jest mój blog. Projektu, który zbyt długo przekładałem na jutro, dla którego nie znajdywałem odpowiedniej ilości czasu. To mój największy kamyk, który ma powodować, że co jakiś czas zatrzymam się, by poświęcić chwilę na rozejrzenie się.

To mój kolejny — nie pierwszy, nie ostatni — pierwszy raz.